Vietnam.vn - Nền tảng quảng bá Việt Nam

Pieśń błękitnego ptaka

W końcu stary Thêm musiał sprzedać ogród odziedziczony po przodkach, ogród, który istniał od trzech pokoleń, będąc świadkiem wzlotów i upadków rodziny Giang, rodziny, której korzenie wywodzą się z głębokiej, błękitnej rzeki płynącej przez wioskę niczym jedwabna wstęga – szczególnego błogosławieństwa zesłanego przez niebiosa na pokolenia dobrobytu. Ten ogród był nie tylko ziemią, ale duszą całej rodziny i rodu. Przysiągł nigdy nie opuścić ani nie sprzedać ziemi, na której jego przodkowie opierali swoją przyszłość przez pokolenia. Ale teraz był zmuszony odwrócić się plecami, zostawiając za sobą lata przywiązania, z jedynie małym, prowizorycznym domkiem na pozostałej działce, wystarczającym, by osłonić go przed słońcem i deszczem.

Báo Cần ThơBáo Cần Thơ24/05/2026

Wszystko przez upadłość firmy Haia i jego żony, która zmusiła ich do stopniowej sprzedaży majątku, aż nie zostało nic do sprzedania. Musiał być świadkiem, jak windykatorzy ustawiają się w kolejce przed domem i grożą mu. Świeżo zasadzone grządki warzywne i starannie pielęgnowane przez niego papryczki chili były bezlitośnie tratowane, pozornie przypadkowo, ale w rzeczywistości celowo. Nawet pies Mè został kopnięty przez windykatorów za szczekanie na obcych.

Hai i jego żona nie odważyli się prosić ojca o sprzedaż ogrodu, aby spłacić długi, ponieważ od samego początku, widząc, jak syn pożycza pieniądze ponad stan, ojciec surowo go ostrzegał, przysięgając: „Nawet jeśli umrę, zanim poniosę klęskę, nigdy nie sprzedam ziemi naszych przodków!”. Jednak teraz, widząc swoje dzieci i wnuki spieszące się z pożyczkami, a ich dom popadł w ruinę, musiał złamać obietnicę. Za trzy dni miał otrzymać cały dochód ze sprzedaży ogrodu. W dniu otrzymania zaliczki oczy piekły go, jakby ktoś rzucił w nie papryczkami chili; następnego dnia wzrok zamglił się, jakby był ślepy, a wszystko, co widział, to cichy, biały ekran.

Słońce zachodziło. Siedział w milczeniu przy oknie, z przymkniętymi oczami niczym sowa siadająca na ciernistym krzaku późnym zimowym wieczorem. Gdy ostatnie promienie zachodzącego słońca rzuciły purpurową poświatę na róg ogrodu, nagle poczuł się kompletnie wyczerpany. Jego dusza dryfowała bez celu. Potem zapadła noc. Gęsta i cicha. Ciemność skurczyła się w gęstą masę, jakby przed nim nie istniały już żadne pojęcia przestrzeni ani czasu.

Żar w piecu nagle zamigotał, jakby ktoś właśnie dorzucił drewna na opał. Ponieważ postanowił sprzedać ogród, wiedząc, że jest zdenerwowany, Hai i jego żona starali się zminimalizować swoją obecność i unikać go jak ognia. Wciąż jednak czuł ich cichą troskę. Nie mogąc zasnąć, leżał, wsłuchując się w szelest w pustym domu, po czym wstał i zapalił światło. Światło przebijało się przez strzechę, tworząc plamę światła na ceglanym dziedzińcu, gdzie on, a później jego dzieci, biegali i bawili się od dzieciństwa do dorosłości.

Ogień zgasł. Żar przy palenisku wciąż się tlił, a słaby blask palącego się węgla drzewnego niósł dziwnie wonny zapach dymu drzewnego. Ten znajomy zapach był tu, wszędzie wokół niego, a jednak budził w nim głęboką tęsknotę. To ten sam dym drzewny, wraz z dźwiękiem tykania krosna, usypiał go w odległym dzieciństwie. Matka siedziała przy krośnie, jej ręce szybko poruszały czółenkiem, od czasu do czasu zatrzymując się, by kołysać kołyskę dla śpiącego dziecka. W tej tkanej kołysce dziecko dorastało, kołysane przez krosno matki i motykę ojca. To samo wystarczyło, by zaszczepić w dziecku poczucie dumy z bycia człowiekiem. Dumy i pewności siebie w każdej pracy na świecie, która wiązała się z zarabianiem na życie własnymi rękami. Im więcej o tym myślał, tym głębszy, niewypowiedziany smutek narastał w jego sercu. Aż do momentu, gdy otaczające światło całkowicie zgasło.

O świcie rośliny i trawa w ogrodzie wciąż miały ciemny, senny kolor. Na końcu wioski kilka kogutów cicho zapiało. Pan Them usiadł i, jak zwykle, chwycił motykę i wyszedł do ogrodu.

O świcie, lekka mgła wisiała nad ogrodem. Nagle usłyszał dziwny śpiew ptaka na zewnątrz, jego czysta, wysoka melodia zdawała się sięgać chmur, a jednak była tak delikatna, że ​​była kojąca. Podparł się i ostrożnie wyszedł na zewnątrz. Na gałęziach mirtu krepowego ćwierkał mały niebieski ptak i przelatywał z gałęzi na gałąź, od czasu do czasu zatrzymując się, by wyciągnąć szyję i zaśpiewać. Jego serce ścisnęło się z radości na to odkrycie. Ptak usiadł na gałęzi mirtu krepowego, jedynego drzewa mirtu krepowego pozostałego na jego ziemi. Pomyślał, że ptak śpiewa dla niego, jakby wiedział o jego cierpieniu, jak stary przyjaciel go odwiedzający. Ta myśl podniosła go na duchu. Spojrzał w górę, by podziwiać ptaka ćwierkającego i przelatującego z gałęzi na gałąź, od czasu do czasu zatrzymując się, by rozejrzeć się dookoła.

„Eee... eee... Śpiewaj jeszcze, ptaszku! Słucham!” – powiedział, a jego broda, niczym nić, drżała w rytm melodyjnego ćwierkania ptaka.

Kogut zapiał, zwiastując świt. Przechadzał się po ogrodzie, który wkrótce miał zostać przekazany nowemu właścicielowi, głaszcząc dłonią każdy sękaty pień drzewa, delikatnie go poklepując. Łza napłynęła mu do oka; czuł się winny wobec każdego drzewa, niczym ojciec w tarapatach zmuszony sprzedać swoje małe dzieci. Każdy zakątek ogrodu wypełniały wspomnienia o jego przodkach i zmarłej żonie. Niezależnie od wszystkiego, pod nowym właścicielem ogród będzie żył tak, jak żył w jego obecności! Uspokajał się myślą, że pewnego dnia drzewa urosną wysoko, rzucając cień na pozostałą część ziemi, dając mu schronienie, i że będzie codziennie siedział przy drzwiach, wpatrując się w nie, słuchając szumu wiatru i stad zimorodków powracających w porę.

Wierzył, że ziemia również ma duszę i że dusza ziemi pozostanie tam, by mu towarzyszyć. Wierzył, że po bolesnym upadku jego syn odbuduje wszystko od podstaw na małej działce, którą pieczołowicie zachował. Hai zasadzi jeszcze kilka drzew jackfruita i mango, wykopie kolejną studnię i zbuduje nowy, przestronny dom. Jego wnuki będą tu przychodzić, by leżeć i kołysać się w hamaku z konopi, który tam rozstawił, słuchając szepczących opowieści z ogrodu – opowieści, które znał na pamięć od pokoleń, opowieści, które opowiadał wnukom. Jego potomkowie zrozumieją, że to właśnie tutaj kiedyś mieszkali ich dziadkowie, budowali wspólne życie i znaleźli szczęście, gdzie spłodzili gromadkę dzieci, które dorosły, wyjechały daleko i stawiały czoła trudnościom, ale zawsze miały ogród, do którego mogły wrócić. Jego wnuki będą biegać i bawić się w ogrodzie, słuchając śpiewu ptaków. Dzieci dorosną, będą się pilnie uczyć i... kto wie, może pewnego dnia przełamią te bariery i ten kawałek ziemi znów będzie mógł być nieskazitelnym ogrodem, jakim był w swoim pierwotnym stanie.

Wczesnym rankiem, zanim jeszcze świt rozświetlił ogród, modraszek krążył i przysiadł na gałęzi mirtu, a jego czysty, melodyjny śpiew zbudził cały ogród. Stary Thêm leżał tam z zamkniętymi oczami, jakby pogrążony w spokojnym śnie, śnie wolnym od zmartwień i lęków. Zmarszczki na jego twarzy pozostały, ale teraz były spokojne, jakby właśnie skończył orać pole. Na gałęzi mirtu modraszek ćwierkał i przelatywał z gałęzi na gałąź, od czasu do czasu zatrzymując się, by nasłuchiwać, po czym odchylił głowę do tyłu i wyrzucił w niebo olśniewającą pieśń. Jego pieśń była niczym serdeczne przesłanie Starego Thêma do wnuków, do życia i ukochanych drzew na tym ostatnim skrawku ziemi.

Delikatny wietrzyk powiał, niosąc oddech ziemi i nieba w serce starego Thêma niczym pożegnanie. W krystalicznie czystym porannym słońcu, pośród ptasiego śpiewu i wonnego zapachu ziemi, stary Thêm spokojnie zasnął…

Opowiadanie Vu Ngoc Giao

Źródło: https://baocantho.com.vn/tieng-hot-cua-con-chim-xanh-a205335.html


Komentarz (0)

Zostaw komentarz, aby podzielić się swoimi odczuciami!

W tej samej kategorii

Od tego samego autora

Dziedzictwo

Postać

Firmy

Sprawy bieżące

System polityczny

Lokalny

Produkt

Happy Vietnam
Moja rodzina

Moja rodzina

Dzień Babci

Dzień Babci

Kolega z pracy

Kolega z pracy